czwartek, 2 grudnia 2010

Śledziu, aj hejt juuuu!


Każdy ma jakąś związaną z jedzeniem traumatyczną pamiątkę z dzieciństwa. Jedni nie mogą znieść widoku kożucha na mleku, inni krzyczą wniebogłosy na samą myśl, że mogliby przełknąć łyżkę tranu. 

Jednak, co ciekawe, z czasem niektóre z tych przykrych wspomnień zacierają się i to, czego jako dziecko nienawidziliśmy, smakuje nam w dorosłym życiu. Przynajmniej ja tak mam. Na przykład?

Na przykład:

Szpinak. Klasyka. Występował w postaci zgniłozielonej papki, w której taplały się legendarne sine krajowe ziemniaki. Widok ten czasem mnie prześladuje w najstraszniejszych koszmarach, ale o dziwo szpinak lubię, nawet taki papkowaty. Do tego jajko sadzone i młode ziemniaczki. Całkiem pycha. A najlepszy oczywiście szpinak liściasty i zupa z niego.

Zupa mleczna. Były różne odmiany, na każdy dzień tygodnia inna. Na przykład owsianka na mleku. Albo kasza manna. Albo zupa z kluskami, albo z makaronem. Wersją najlepiej przeze mnie tolerowaną były płatki kukurydziane zalane mlekiem. Najgorsza oczywiście była taka stygnąca, gęsta kasza manna na mleku. Z kożuchem. Łeee!

Oliwki. Jak to dzieciak (a może już byłem młodzieżą?) nie rozumiałem, że komuś może smakować coś tak obrzydliwego. Z czasem jednak oliwki (oraz kapary) polubiłem. Pomogła w tym pizza i inne potrawy włoskie.

Krupnik. Jest taki skecz kabaretu POTEM, z krupnikiem w roli najbardziej sadystycznego sposobu wywierania presji. Dziś jem chętnie, choć rzadko, bo nie jest to popularna zupa. Dobrze zrobiony mięsny krupnik jest ok. A nawet bardzo ok.

Wątróbka. W dzieciństwie głównie wieprzowa, twarda jak podeszwa i łykowata. Żułem ją bez końca i nie mogłem pogryźć. Dziś wątróbka (również drobiowa) to miłe urozmaicenie obiadu od czasu do czasu.

Cebula. Dramat prawdziwy. Nienawidziłem surowej, smażonej, duszonej. W każdej postaci. Teraz uwielbiam. Taką wygotowaną w gulaszu, smażoną na kawałku mięsa, surową na pomidorku, a nawet sok z cebuli na przeziębienie.

Kasza gryczana. Poważna i długotrwała trauma. Kojarzyła mi się bardzo długo z suchym zapychaczem, który męczyłem godzinami nie mogąc odejść od stołu (znacie tę sympatyczną zasadę „Nie odejdziesz od stołu dopóki talerz nie będzie pusty”?). Obecnie jadam często – występuje w roli szybkiego obiadu obok makaronu z sosem.

Pumpernikiel. Dziwadło takie czarne. Paskudna podróba chleba. Teraz pumpernikiel to rarytas, smakołyk. Do tego bardzo praktyczna rzecz – w opakowaniu zachowuje świeżość nawet przez kilka miesięcy i jest doskonały jako uzupełnienie zapasów „na czarną godzinę”.
 Niepozorny, ale pożywny i trwały - pumpernikiel, czyli zakalec

Grejpfrut. Wiadomo, samo zdrowie. Ale jak ja nie cierpiałem tego gorzkiego smaku i soku pryskającego w oczy! Teraz lubię bardzo. Dobre źródło witamin, a niektóre odmiany potrafią być całkiem słodkie.

Nie wszystko uległo tej magicznej przemianie. Są produkty, które pozostają wstrętne na zawsze.

Nóżki w galarecie. Forma mnie fascynuje. Ale jeść tego się nie podejmuję. Odrzuca mnie już sama perspektywa wbicia widelca w tę trzęsącą się masę.

Natka pietruszki. Nie cierpię surowej natki. Zawsze się nią zakrztuszę i zaczynam kaszleć jak histeryk. Ugotowana może być, surowa – precz!

Groch z kapustą. Straszna tradycja. Paskudna bryźda, którą trzeba zjeść w Wigilię, w sumie nie wiadomo za jakie grzechy.

Kompot z suszonych owoców. Kolejna potrawa odstraszająca mnie od świąt. Te suszone owoce wymoczone w wodzie z dodatkiem goździków i innych korzennych przypraw smakują potwornie.

Flaki. Na samą myśl, że mógłbym to zjeść, coś mi się podnosi. Doceniam fakt, że niektórzy nazywają to danie mniej dosadnie – flaczki.

Brukselka. Jest to jedno z tych warzyw, które nigdy nie powinny zostać wyhodowane. Niestety producenci mrożonek nader chętnie dorzucają je do mieszanek warzywnych. Wkurza mnie to.

 Przysypany brukselką - cóż za straszna śmierć!

Śledzie. W ogóle nie przepadam za rybami (chyba że jest to pstrąg pieczony na ognisku lub dobrze usmażony filet), a śledź w oleju czy w śmietanie, zawsze kojarzy mi się z tzw. zagrychą drugiej świeżości w podrzędnej mordowni. Sałatka śledziowa? Nie, dziękuję.

Agrest. Ciągle nie potrafię polubić tego owocu. Agrest jest kwaśny i włochaty. Drapie w gardle i potrafi wykrzywić gębę. Za to w kompocie z innymi owocami, gotowanym w lecie ze świeżych owoców – jest w porządku.

A jakie są wasze typy potraw/produktów oswojonych i tych, których nigdy nie polubicie?

==Radar==

35 komentarzy:

  1. Kaszy gryczanej nie przełknę do dzisiaj! W końcówce lat 70-tych musiałem w wojsku jeść ją na śniadanie, obiad i kolację przez tydzień na poligonie. Obrzydła mi na całe życie. Za to brukselka jest OK! Jogurt agrestowy w Biedrony jest najlepszy! Agrest surowy, z krzaka, czerwony jest smaczny i słodziutki! No i nie rozumiem, jak można jeść chleb, posmarowany... margaryną! Jakąkolwiek (też trauma z wojska po Mlecznej).

    OdpowiedzUsuń
  2. Wątróbki i śledzi nigdy nie lubiłem i nadal nie lubię. Oliwek kiedyś nie tykałem, a teraz jem chętnie nawet same. Owoców morza kiedyś bym patykiem nie ruszył, a ostatnio zasmakowałem w krewetkach i paluszkach krabowych. Do flaków też miałem uraz, ale jakiś czas temu babcia we mnie wmusiła i wcale nie były tak złe jak pamiętałem. Grejpfruty też kiedyś były dla mnie zbyt cierpkie, a teraz od czasu do czasu mi się zdarzy zjeść.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja chyba byłam dziwnym dzieckiem bo z wymienionych rzeczy nie lubiłam jedynie pietruszki (nadal mnie brzydzi)i krupniku. Obecnie krupnik zamienił mi się z zimnymi nóżkami (chociaż może czas znowu spróbować).
    Jednej tylko rzeczy nie spróbowała od dzieciństwa i nadal nie zamierzam. Był to kiedyś przysmak mojego taty, a składniki to: pomidor, cebulka, śmietana i cukier (!).

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja ryb nie lubię w ogóle. Za dzieciaka jadłem paprykarz dopóki nie dowiedziałem się z czego on jest robiony, tak samo było z kaszanką co prawda wydłubywałem wątróbkę bo wiedziałem, że to wątróbka ale nie wiedziałem czym oprócz kaszy jest reszta. I tak było z wieloma rzeczami. Jedyna rzeczą, która od dzieciństwa nie uległa zmianie jest zupa pomidorowa ją mógłbym jeść i jeść.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja jakos nigdy nie wybrzydzałem, jadłem wszystkie wymienione produkty z apetytem. Jedyne czego nie lubiłem i nadal nie lubię jest kalafior, którego wprost nie znoszę od dzieciństwa. Inna sprawa, że chowałem się na dziko i mój typowy obiad z dzieciństwa składał się z kabanosa i bułki...

    OdpowiedzUsuń
  6. Jak byłam mała to wmówiłam sobie, że nie lubię fasolki szparagowej. I nie jadłam, aż kilka lat temu przyszła cudowna odmiana i fasolka awansowała na jedno z moich ulubionych dań (z masłem i bułką tartą, mniam).
    Od dzieciństwa nie jadam pomidorów i kalafioru, zostało mi do tej pory. No nie smakują mi. Do śledzi też się nie mogę przekonać. Kapusty z grochem też nie lubię i do teraz na Wigilii prostestuję przed nałożeniem tego na talerz (że też się nie nauczyli przez tyle lat...).
    Śmieszna sprawa z jajkami, bo gdy byłam dzieckiem zajadałam się nimi na potęgę a potem nagle przestałam jeść i się ich od tamtej pory nie tykam. Żółtko w żurku jeszcze przejdzie, ale białko...bleee. Nie wiem, czy było tak naprawdę, czy sobie to wymyśliłam/nadinterpretowałam (pewnie to drugie), ale jestem przekonana, że tych jajek jadłam tyle, że mi w końcu "zabronili" jeść i to właśnie wtedy je znienawidziłam ;).

    Od jakiegoś czasu moim hitem są oliwki. Zajadam się nałogowo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba jednak wypadałoby się leczyć...

      Usuń
  7. a mnie karmili w przedszkolu śledziami ze śmietaną + ziemniakami, do tej pory nie mogę się przemóc, żeby spróbować ponownie śledzia ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Do tej pory nie tknę: flaków i podrobów (oprócz smażonej wątróbki), galaret niesłodkich wszelakich, śledzi, szprotów i ościstych ryb słodkowodnych,golonki i kaszanki

    Niedawno polubiłam oliwki - w sałatce horiatiki boskie, popijane winem wytrawnym Chianti (z Lidla za 14,99zł), kompot z suszu tak samo podszedł mi z wiekiem.
    Zresztą wymienionych produktów nie miałam problemu.Przepadam za szpinakiem (tym mrożonym ze śmietana z Lidla)z czosnkiem jako sosowym dodatkiem do np. makaronu, gotowanymi na parze brukselkami
    Takie dojrzewanie do niektórych smaków to powszechne i ciekawe zjawisko :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja nie mogłem sie przemóc ze szpinakiem i serem pleśniowym, a teraz o dziwo uwielbiam i często łącze w potrawach. Natomiast zostały mi takie rzeczy których nie tkne za chiny a jest to wątróbka i ciepłe mleko (zupy mleczne w to wchodzi i wsztko inne)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ale wy wybredni jesteście!
    Ja tam lubię wszystko - co najwyżej nie kupuję bo uważam że nie jest warte swojej ceny.

    OdpowiedzUsuń
  11. A ja drogi autorze bloga jem i jadłem praktycznie wszystko. Z rzeczy których nie jesz do dzisiaj nie rozumiem brukselki i flaczków, no ale to rzecz gustu.

    Ja chciałem właśnie o flaczkach. Sam wcinam je od dzieciństwa, z reguły minimum raz na tydzień. Uwielbiam. Przerobiłem już flaki w wielu lokalach, domowe i te ze słoików z marketów. I powiem Ci - znałem przynajmniej kilka osób, które zarzekały się, że tego nie zjadły. A jednak! Dały się przekonać, a dzisiaj są fanami! Flaki uzależniają, szczególnie dobre są domowe, dobrze ugotowane i z odrobiną przecieru pomidorowego, koniecznie przyprawione ogromną ilością pieprzu i innych przypraw. Spróbuj, a nie zawiedziesz się.

    OdpowiedzUsuń
  12. Od zawsze nienawidzę zapachu kaszy gryczanej, a także wigilijnego kompotu z suszem, zatyka mnie sama woń, o smaku wolę nawet nie myśleć.

    W porównaniu do czasów dzieciństwa, to przestałem jeść gotowane jajka (śmierdzą), oraz jakiekolwiek masło/margarynę (obrzydza mnie smak), oraz zacząłem jeść sporo nowych rzeczy, typu oliwki, grejpfruty itp.

    OdpowiedzUsuń
  13. Kliku rzeczy z Twojej listy nie pojmuję jednak z kilkoma sie zgadzam-podobnie jak Ty nie zjem wątrobki(i ogolnie podbrobow),flakow.Oliwek,sledzi kiedys tez nie jadlam jednak przekonalam sie-zwlaszcza do oliwek:)
    Jesli chodzi o traumy z dziecinstwa to na pewno bedzie tu zupa owocowa.Brukselke i szpinak bardzo lubie:P
    W sumie to wychodzi na to,ze nie lubilam podrobow wszelakich i zup owocowych i tak mi pozostalo choc nigdy nie mow nigdy;)

    OdpowiedzUsuń
  14. ja mam traume na wszelkie ryby z ością- w dzieciństwie prawie się tym udusiłem... blee.
    no i koperek na ziemniaki mnie odrzuca;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Śmierć śledziom! Nienawidzę ich i najchętniej utopiłabym je wszystkie w Węgorapie. Po co w ogóle komu takie ryby? Poza tym śmierdzą i paczają!

    OdpowiedzUsuń
  16. śledzie temu jełopu paczają!!!

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo trafna uwaga - to, co dzieciom nie smakuje, smakuje potem często dorosłym, więc nie zawsze czem za młodu skorupka nasiąknie, tym na starość trąci, chyba że ktoś zbadał, że ludziom na starość znów się odwidzi i zapominają, że lubili to, co lubili i wracają mentalnie do dziecięctwa :)

    Jest też i taka teoria, która głosi, że smak zmienia się człowiekowi co kilka lat (7?), więc kto wie...

    A tak na zakończenie, nie od dziś wiadomo, że dzieci wpychają w siebie różne paskudztwa, a wartościowych i dobrych produktów nie chcą tykać. I już. Wina tu pewnie leży po stronie rodziców, którzy albo nie umieją podać, albo sam zniechęcają, bo też jadają paskudztwa.

    OdpowiedzUsuń
  18. Co najgorzej wspominam

    Szpinak -taka breja co tam Kucharki dodawały na tej szkolnej stołówce . ja teraz robię taką breję ( czyli szpinak w sosie śmietanowym :))i całkiem jest smaczna

    Kasza gryczana - wtedy gorzka , teraz mniam mniam :)

    I bułka weka zalana ciepłym mlekiem i pocukrowana brr do dzisiaj :(

    OdpowiedzUsuń
  19. Uwielbiałam i uwielbiam zupę mleczną a kożuch najbardziej. Jako dziecko nie lubiłam jajek w majonezie teraz uwielbiam. Jedyną potrawą jakiej nie tknę to zupa szczawiowa.

    OdpowiedzUsuń
  20. Śledziu, aj low ju!:)
    Sledzika to ja zawsze lubiłam i jako dziecko i teraz(nawet właśnie się nim zajadam).
    Pamiętam, że jak byłam dzieckiem to wstręt budziły we mnie oliwki i sok pomidorowy z przyprawami.A teraz oczywiście je uwielbiam.
    A co jest w paprykarzu?Bo mnie anonimie zaintrygowałeś.Myślałam, że paprykarz to ryby(pomińmy kwestie które części owych ryb) koncentrat, ryż.Co tam takiego jest ohydnego?

    OdpowiedzUsuń
  21. Ja myślałem, ze jestem wybredny, ale widzę że nie. Owszem mam potrawy których nie lubię, ale nie, żeby mieć do nich , aż takie obrzydzenie, żeby nie tknąć, np kalafior, brokuł, jajka w sosie chrzanowym, musztardowym. no jedynie nie jem nigdy na obiad duszonych płuc i ozorów - tak to mnie brzydzi.

    OdpowiedzUsuń
  22. Nie rozumiem jak mozna nie lubie grochu z kapustą. Przeciez to niebo w ustach, oczywiscie musza zajsc dwa warunki. Calodniowy post przed Wigilią i musi to byc ugotowany przez moją babcie :)

    OdpowiedzUsuń
  23. kurwachujmożnatukląć3 grudnia 2010 22:12

    Z wymienionych delicji najchętniej zjadłbym szpinak bo nigdy w życiu go nie jadłem.
    Reszta jest jadalna, kwestia przyprawienia, a kaszę gryczaną je się z sosem.

    OdpowiedzUsuń
  24. z cebulą miałem tak samo, a tak to dużo rzeczy nie lubię, pewnie większości z tej listy
    jedynie z krupnikiem nie mam problemów :P

    OdpowiedzUsuń
  25. Namiętnością mą są flaki. Nogi w galarecie - zgroza, zresztą coś jest w nazwie. Od kurzych łapek mnie odrzuca, raczej nie tknąłbym móżdżku.

    Przepiórki - żarcie, jakiego do ust więcej nie wezmę i na talerzu nie chciałbym go widzieć. Burżujskie, snobistyczne, żarcia co kot napłakał, wysiłku w jedzenie trzeba włożyć masę, a mięso bez rewelacji.

    No i nie lubię fasolki szparagowej. Najadłem się łyka i wspomnienie przesuwających mi się w gardle wąsów przyprawia mnie o torsje.

    OdpowiedzUsuń
  26. mój brat kiedys, za młody jadał pomidory tak zawzięcie że az nie chciał ze szklarni wyjsc ;d
    bo dziadek miał szklarnie i tam był ogrom pomidorów, a brachol jadał nawet zielone.
    Dzis po 12 latach nie dotknie "tego paskudztwa"
    ;)

    OdpowiedzUsuń
  27. W dziecinstwie nienawidzilem, a teraz lubie:
    -Banany. Moja trauma z bananami zaczela sie w przedszkolu, kiedy ktores z dzieci przynioslo banany. Pani przedszkolanka pokroila toto w zgrabne talareczki i dala kazdemu dziecku. Oczywiscie wstyd bylo nie zjesc bo to rarytas. Obrzydliwe rozmiekle slodkie gowno. Przez bardzo dlugi czas wlasnie takimi bananami mnie czestowano. Jadlem z szacunku dla obdarowujacych, podglebiajac traume. Dopiero kiedy banany staly sie popularniejsze i zaczeto sprowadzac je do nas nieco swierzsze i lepiej zakonserwowane zrozumialem... Banany zolte = slodkie rozpadajace sie w palcach gowno. Banany zielone = Gorzko-mączniste, bardzo twarde i niemal nieobieralne. Forma posrednia: Banan zielonkawy. Gorzko-mącznisty, z lekka nutka slodyczy, twardawy, latwy do obrania. Miodzio.

    Grejfrut i tonic. Tak tak, nienawidzilem tej goryczki. Teraz bardzo sobie cenie takie smaki (limonka).

    Piwo. Podobnie jak powyzsze, prawdopobnie ze wzgledu na goryczkowy smak.

    Chrzan - pamietam w przedszkolu i podstawowce dawali nam kasze jaglana z chrzanem. Pierwsze wrazenie wowczas po powachaniu to odruch wymiotny. Tak tak, nie odejdziesz od stolu puki talerz nie bedzie pusty - gdzie sie tego gowna nie upychalo (glownie pod talerzem), czasem pod stolem. Ćwikły (buraczki z chrzanem) nienawidzilem czystym sercem. Obecnie juz mnie tak nie odrzuca, ale raczej wole zasmarzane.

    Zupa mleczna - korzuch buueee. Mnie przesladowala glownie owsianka. Manna mniej. Znalezc teraz dobra manne to mozna kota dostac. Ta ktora kupuje w sklepie zbija sie w grudy a malaksera nie posiadam.

    Krupniku tez nie znosilem. Teraz szczegolnie ze wzgledu na fakt, ze malo jadam zup (bo mi sie nie chce gotowac) to dla mnie rarytas.

    Śledzie. Odruch wymiotny. Głownie marynowane (nadal nienawidze marynat wszelkiego rodzaju wiec to pewnie przez to). Obecnie jedyna trawiona przeze mnie ryba jest sledz i tunczyk. Nic innego nie jadam (Brat zadlawil sie oscia z karpia i wbilo mu sie w przelyk - wyjmowali mu operacyjnie - nie dosc ze trauma, to po prostu nie smakuja mi ryby). Poza tym moja mam zwykla oszukanczo przyrzadzac ryby ala schabowe. Czlowiek sie wgryz z nadzieja ze bedzie schabowy a tu taki zonk.

    Fasola szparagowa - glownie trauma zbudowana naokolo tych niejadalnych wlokien ktore sie potem wypluwalo calymi garsciami. Z tego co wykoncypowalem zalezalo to od stopnia obrania i odmiany. No i nie znosze panierki.
    Nienawidzilem i nadal nienawidze:

    Brukselki, rozgotowany por (ohyda), kapusta/bigos zaróżowiany pomidorem (i nie przetlumaczysz mi ze to smakuje tak samo jak ta zielona - po prostu nie rusze i juz).

    Lubiłem, a teraz jakos sie obawiam:
    Watróbka.

    OdpowiedzUsuń
  28. Na początek wymienię to czego już nigdy nie wezmę do ust.Pierwsza pozycja to wątróbka.Druga to ryż na mleku.Trzecia to zupa pomidorowa z koncentratu. To chyba najbardziej hardkorowe rzeczy jak dla mnie.
    Ale flaki, szpinak, śledzie i w ogóle wszystkie organizmy morskie i oceaniczne - słodkowodne rybki to tylko pstrąg i ewentualnie jakiś młody szczupaczek. Poza tym oliwki,brukselka, kasza gryczana, jęczmienna, makaron,warzywa wszelkiej maści i odmiany z wyłączeniem kapusty jako gołąbki.Mięsa jak najbardziej ale największą miłością darzę wołowinę. Podroby drobiowe oprócz wątróbek.To tak w wielkim skrócie. Radarze! Temat zagadnienia cudowny! Może jakiś ranking ulubionych/znienawidzonych potraw byś zamieścił? Pozdrawiam! Roberto!

    OdpowiedzUsuń
  29. A ja wczoraj na śniadanko : patelnia odsmażonych ziemniaków i pół słoika flaków po zamojsku. Dla Żony ziemniaczki i dwa jajka sadzone. Po chwili coś mi zapachniało malizną więc poprawiłem drugą patelenką i resztą słoika. A na drugie śniadanie talerz śledzi z cebulą w oleju. Proporcje idealne dzięki własnej produkcji!
    Zima gwarantuje wspaniały apetyt. A najlepsza przyprawa to pomachać z pół godziny łopatą do śniegu.
    Sugeruję poruszyć też temat zależności smaku od pór roku. Gdy wokół biało to najlepiej wchodzi galareta, śledzie i tym podobne.

    Pozdrawiam smakoszy.

    OdpowiedzUsuń
  30. Ja za to uwielbiam groch z kapustą, musi być tylko dobrze doprawiony, kompot z suszu toleruję.
    Nie przekonam się za to raczej nigdy do flaków, mleka, podrobów (płuca, wątroby i inne żołądki), tłustych mięs w stylu golonki. Nie tykam też margaryny w żadnej postaci z powodu smaku także z prostego założenia - w jaki sposób margaryna może być zdrowsza od masła, skoro jest to olej roślinny utwardzany przy pomocy całej palety środków chemicznych.
    Do części potraw nielubianych w dzieciństwie się przekonałem, do czosnku, szpinaku, brukselki.

    OdpowiedzUsuń
  31. Zdecydowanie wątróbka !!! Jako anemiczne dziecko byłam karmiona namiętnie wątróbką w różnych wariantach, do dziś puszczam pawia na sam zapach.

    OdpowiedzUsuń
  32. u mnie sprawa dziwna, bo nie lubię masła, taka się urodziłam, nawet prawdziwe pachnące śmietaną budzi we mnie wstręt. druga dziwna sprawa to taka, że flaki uwielbiam i nienawidzę, mianowicie "wodę", czyli wywar kocham, ale flaka nie przełknę. Panie w barach mlecznych są zawsze bardzo zdziwione jak proszę o flaki bez flaków :D

    OdpowiedzUsuń
  33. Gołąbki, Groszek, brukselka, oliwki, pomidor - ciągle tego nie lubię.

    Kawa - Polubiłem, szczególnie latte.

    Agrest cały czas lubię tak jak w dzieciństwie ;p

    OdpowiedzUsuń
  34. Moje dziecięce fobie:

    1. Cebula surowa (obecnie chętnie spożywam)

    2. Papryka surowa (w dalszym ciągu nie lubię)

    3. Grzyby smażone lub duszone (oprócz pieczarek oraz grzybów solonych/marynowanych/suszonych w dalszym ciągu nie jadam)

    4. Karp w dowolnej postaci (nadal aktualne)

    5. Kalafior (obecnie jadam)

    6. Brukselki owszem nie lubię, ale obchodzi się bez tragedii :)

    OdpowiedzUsuń