poniedziałek, 16 czerwca 2008

Z duuużą pianką – Valentins Hefeweissbier (producent Park&Bellheimer, Niemcy)

Nie ma to jak piwo pszeniczne! Odkąd skosztowałem (kilka lat temu) tego trunku w minibrowarze Spiż we Wrocławiu, całkowicie zmieniłem poglądy na piwo i jego spożywanie. Zwykłe pilsy pijam teraz rzadko, zwykle w knajpie, gdzie nie ma niczego innego. A pić coś trzeba, bo jak inaczej porozumieć się z kumplami, jeśli nie za pomocą międzynarodowego kodu piwoszy?

Ale do rzeczy, drodzy przyszli świadomi konsumenci. Z „pszenicą” problem w naszych sklepach jest taki, że jej nie ma. Bo klienci nie znają, bo jak spróbują to mówią, że to jakieś dziwne w smaku. Sklepy wolą nie ryzykować. Tychy albo Żywiec zawsze zejdą, pszenica może leżeć miesiącami. Na szczęście niektóre sieci handlowe eksperymentalnie wstawiają czasem do oferty różne takie wynalazki. Od pewnego czasu systematycznie kupuję w Plusie Valentinsa i... właściwie tylko to piwo. Bo po co inne? Nie jest to co prawda pszenica z górnej półki (daleko jej do Paulanera czy chociaż litewskiego Baltasa, ale już polskiego Fratra bije na głowę), za to konkuruje zabójczo niską ceną. A tak! Za Paulanerka albo ukraińskiego Obolona zapłacicie w hipermarkecie co najmniej 4,50, a Valentins kosztuje... 2,89 zł! Tym samym jest to najbardziej opłacalne (stosunek jakość/cena) piwo w ofercie sieci osiedlowych.

Pokochasz tę pianę!

Mamy już za sobą sprawy ekonomiczne, zatem czas nalać piwko do wysokiej szklanki lub ciężkiego kufla. Ci, którzy zrobią to pierwszy raz, niech uważają. Każda dobra pszenica bardzo mocno się pieni – to właśnie słód pszeniczny powoduje wytwarzanie bardzo gęstej piany. Można łatwo przelać kufel! A jak już piana się uformuje, będzie opadać bardzo powoli, tworząc efektowną koronę. Dlatego do nalania całej butelki za jednym podejściem trzeba trochę wprawy, ale satysfakcja gwarantowana. Jak każda pszenica, tak i Valentins ma specyficzny, nieco apteczny smak. Niektórzy mówią, że smakuje jak lekarstwo, ja ten smak ubóstwiam. Fakt, że trzeba się do niego przyzwyczaić. Za to pod pianką, która cienkim kożuchem trwa do końca kufla, kryje się orzeźwiający smak z lekką nutą owoców. Piwo jest równomiernie nasycone gazem i smakuje do samego końca. Prawie pozbawione goryczki, nie pozostawia też w ustach nieprzyjemnego posmaku końskich szczyn (za przeproszeniem, większość puszkowanych piw smakuje jak końskie szczyny). Przypuszczam, że to zasługa braku konserwantów, w składzie są tylko drożdże, chmiel, słód jęczmienny i pszeniczny oraz woda. Czyli wszystko utrzymane wg tradycyjnej bawarskiej sztuki piwowarskiej.

Święty czuwa. Pij spokojnie.

Kończąc tę epistołę, z czystym sumieniem mogę polecić to piwo (jak i inne marki piw pszenicznych, wymienione w tekście) osobom, którym znudziły się przemysłowe, smakujące identycznie niezależnie od etykietki, browary. Czas na eksperymenty. Warto spróbować!

==Radar==

2 komentarze:

  1. W kwestii przenicznych to belgijskie Leffe (Blond szczególnie) rządzie niemiłosiernie. Chyba nie do dostania w Polsce i kosmicznie drogie, ale muszę powiedzieć, że to najlepsze piwo jakie w życiu piłem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokladnie tak jak pisze autor. Valentins to najlepsze piwko! Wg mnie lepsze od Paulanera, bo bardziej wyraziste:)
    Tylko gdzie je kupic skoro nie ma juz Plus-Discounta :(((((((((((((

    OdpowiedzUsuń