czwartek, 26 czerwca 2008

Ekonomiczne, niepraktyczne – Placki ziemniaczane (producent BTG Sp. z o.o.)

Od czasu do czasu mam ochotę na placki ziemniaczane. Na mieście trudno znaleźć dobrą smażalnię (tak naprawdę to nie kojarzę w moim mieście żadnej – nie mieszkam niestety nad morzem), z kolei zabawa w tarcie czy miksowanie ziemniaków jakoś średnio mnie pociąga. Naprzeciw takim leniuchom jak ja wychodzi firma produkująca placki ziemniaczane w proszku. Właściwie genialny wynalazek, bo wystarczy dolać wody i usmażyć.

Genialne to by było gdyby nie wymagało tyle roboty i zawsze wychodziło! A wcale tak łatwo nie jest. Narobiłem się przy tych plackach prawie tak samo jakbym robił je ze świeżych ziemniaków. Najpierw trzeba wsypać proszek do zimnej wody, wbić jajko i starannie rozmieszać. Po odczekaniu 10 minut można już wlewać ciasto na rozgrzaną patelnię. Tu oczywiście zaczynają się schody, bo nie mam takiego wyczucia do formowania placków. Raz wyjdą za cienkie i palą się jak frytki, innym razem są za grube i łamią się podczas przewracania. Nie muszę chyba dodawać, że po półgodzinie smażenia całe mieszkanie przesiąknięte jest smrodem. Fu!

Za to kleksy ze śmietany wyszły mi, że hej!

Z obiecanych trzech porcji wyszła mi jedna. Fakt, że dwa placki zepsułem i wylądowały w koszu. Finalnie przyozdobiłem dzieło śmietaną (mając w pamięci programy niezawodnego Roberta Makłowicza) i w tej postaci wszamałem. Nie powiem, niezłe, ale brakowało mi czegoś. Aha, cebuli! Moja mommy zawsze dodawała zmiksowanej cebuli. Podsumowując – dużo roboty, a efekt niespecjalny.

Cena: 3,49 zł

==Radar==

Ile paluchów widzisz? – Paluszki Hradeckie (producent Canto, Czechy, dystrybutor Tesco)

Największym przyjacielem piwosza jest...? Drugi piwosz? Też, ale prawidłowa odpowiedź brzmi: paluszki hradeckie! Zwłaszcza jeśli lubisz czeskie piwo (a kto nie lubi?).

Oryginalne czeskie paluchy przypominają w smaku polskie cienkie paluszki tylko odrobinę (nigdy nie są przypalone), za to smakuje się je zupełnie inaczej. Są długie, skromnie obsypane kminkiem i solą. Nie ma nic lepszego od takiego kminkowo-słonego gryza, którego można od razu zapić zimnym piwem! Paluchy są świetne i niech to wystarczy za rekomendację. Obowiązkowy zakup na każdą imprezę!

Cena: 1,29 zł

==Radar==

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Obiadek z niczego – Pieczona fasola w sosie pomidorowym (producent Campo Largo, Włochy, dystrybutor Lidl)

Taka puszka to prawdziwy skarb, kiedy pewnego popołudnia otwierasz zaropiałe oczy, a potem lodówkę i widzisz w niej jakieś nowe formy życia, które wyewoluowały z parówek. Do sklepu nie chce się wychodzić, a zjeść coś trzeba! I tu w sukurs przychodzi niezbędny składnik ekwipunku każdego trapera i podróżnika, czyli puszka fasolki w sosie pomidorowym. Ileż istnień ludzkich uratowała ta skromna konserwa!

Ta nabyta w Lidlu, w pełni zasługuje na chwałę. Drobna fasolka jest mięciutka i smaczna (czyżby naprawdę pieczona? Jakoś nie chce mi się wierzyć, bo jest biała i śladów wysokiej temperatury nie uświadczysz), do tego włoska specjalność, czyli sos z prawdziwych pomidorów, słodkawy, w żadnym wypadku nie zalatujący konserwantami. Można to wsunąć po podgrzaniu (wsadzacie puszkę do ogniska i po kilku minutach...) z chlebem albo użyć jako bazę większego przedsięwzięcia kulinarnego, w skład którego wejdzie mięsko (apetyczne kawałki wieprzka będą jak znalazł) i drobno pokrojone warzywa. Co kto woli.

Cena: 1,99 zł

==Radar==

Kiełbasa w szlafroku (producent piekarnia w Tesco)

Odkąd w moim osiedlowym małym Tesco wstawili minipiekarnię (a klima nie działa, oczywiście), zaglądam tam czasem w poszukiwaniu jakichś nowych wynalazków. Oto jeden z nich.

Pod pretensjonalną nazwą kryje się parówka upieczona w cieście półfrancuskim. Całkiem jest to smaczne, przyznaję, i od biedy może nawet zastąpić hot-doga (pod warunkiem, że będzie jeszcze ciepłe). Ciasto dobre, nie słone, ani nie słodkie, w sam raz pasuje do słonawej parówki, która o dziwo wcale nie jest jakaś totalnie zła. I to właściwie wszystko. Można szamać z keczupem, ale taką świeżą, prosto z pieca, lepiej pożreć od razu.

Cena: 1,29 zł.

==Radar==

środa, 18 czerwca 2008

Do Tennessee! – Chocolate Chunk Cookies (producent nieznany, Niemcy, dystrybutor Lidl)

Takie ciasteczka to ponoć wynalazek amerykański, stąd pewnie niby amerykańska marka na opakowaniu, w rzeczywistości jest to niemiecka „podróba”. W oryginale istnieje mnóstwo odmian ciasteczek, zwykle owsianych, z różnymi dodatkami, jednak tu mamy do czynienia z klasycznymi czekoladowymi „pieguskami”. A propos, spróbujecie tych cookies i nigdy już nie będziecie mieli ochoty na polskie Pieguski. Przede wszystkim, te ciasteczka są naprawdę duże, już jednym można się nieźle najeść. Ciastko jest brązowe, słodko-czekoladowe w smaku, do tego tak nabite kawałkami mlecznej i deserowej czekolady, że człowiek zastanawia się, jak to możliwe. Popatrzcie sami na zdjęcie nr 2. Czekolady jest tyle, że aż wyłazi!

Uwaga, grozi czekoladową eksplozją!

Będzie krótko, bo mam ochotę znowu pochrupać, a ciasteczka się kruszą i wpadają między klawisze klawiatury. Co ważne, nie są bardzo słodkie, po zjedzeniu kilku pod rząd nie dostałem mdłości (ma się to doświadczenie w pożeraniu słodyczy), nie są też tłuste. W paczce jest 8 ciasteczek. Waga – 150 g. Cena – 2,99 zł. Warto.

==Radar==

Z azotem po lepsze jutro! – Raspberry Framboises (Producent Milbona, Niemcy)

Niedawno wybrałem się do Lidla – a nie bywam tam często, bo daleko mam – gdzie nabyłem spore zapasy atrakcyjnych fast foodów marketowych, które posłużą za materiał badawczy jeszcze pewnie na kilka postów. Dziś będzie słodko i pysznie, chociaż niekoniecznie zdrowo. Wszystko ma swoją cenę, dentysta również.

Nie ma co, nasi zachodni sąsiedzi mają dryg do słodkości z mleka i bakterii. Weźmy całą serię bardzo apetycznych serków, które wtrzącha się bez krzywych myśli o konsekwencjach zdrowotnych. Niestety czytam etykiety i skład tych wszystkich pyszności, o których tu się rozpisuję, i czasem zastanawiam się czy aby na pewno mam do czynienia z produktem spożywczym, czy już raczej nawozem sztucznym. Np. testowany dziś serek jest spulchniany azotem. Bardzo skutecznie został spulchniony tym azotem, nie ma co, konsystencja serka jest lekka i puszysta, ale nie sprawia wrażenia takiego NIC napompowanego powietrzem, w rodzaju dziecinnej pianki. Nie, to całkiem solidny kawał serka, pod którym – i tu następuje najważniejsze – ukrywa się owocowa wkładka, w tym przypadku maaaalinowa (są jeszcze warianty z czereśniami, marakują i truskawkami). Jest to rodzaj konfitury o bardzo przyjemnym smaku i zapachu. Można to jeść na dwa sposoby: wbić łyżkę do dna i wydobyć obie warstwy, tak jak to widzicie na zdjęciu, lub zrobić totalny miszung, czyli zapaćkać śnieżny serek sosem owocowym. Zdecydowanie preferuję wariant pierwszy, to spotkanie czystego smaku serka z wyrazistą słodyczą konfitury. Mniam!

Gdybym mógł, jadłbym to codziennie. Na szczęście Lidl jest daleko i dzięki temu jeszcze nie zamieniłem się w nawózJ Cena za opak. 125 g – 0,99 zł.

==Radar==

poniedziałek, 16 czerwca 2008

Roluj moje tortille, bejbe – Rolled Tortillas Cheese Flavour (producent nieznany, Belgia, dystrybutor Tesco)

Ciąg dalszy wątku kukurydzianych chipsów. Te, które odkryłem w Tesco, prawdopodobnie pochodzą od tego samego producenta co te, które opisywałem już wcześniej. Tym razem tartillas zostały zwinięte w intrygujące rurki, niczym cygara na udach dorodnych Kubanek. Nie przypuszczam, aby w produkcji brały udział rozłożyste Belgijki, ale pomarzyć zawsze można. Zwłaszcza konsumując tę smakowitą przekąskę.

Smakuje tak dobrze, jak wygląda

Rurki mają wyrazisty kukurydziany smak, nasycony łagodnym aromatem serowym. Nie są ani zbyt ostre, ani za słone, dlatego można je wcinać nawet bez piwnej popitki. Mała, 125-gramowa paczka, starcza na krótko, ale to dobrze, przynajmniej konsumentowi nie grozi zatrucie z przeżarcia ani wzrost ciśnienia tętniczego z powodu nadmiaru soli i tłuszczu. Bez rozpisywania się, bo o chipsach kukurydzianych napisałem już wszystko poprzednio – warto i polecam. Smakowite.


Cena: 2,49 zł.

==Radar==

Z duuużą pianką – Valentins Hefeweissbier (producent Park&Bellheimer, Niemcy)

Nie ma to jak piwo pszeniczne! Odkąd skosztowałem (kilka lat temu) tego trunku w minibrowarze Spiż we Wrocławiu, całkowicie zmieniłem poglądy na piwo i jego spożywanie. Zwykłe pilsy pijam teraz rzadko, zwykle w knajpie, gdzie nie ma niczego innego. A pić coś trzeba, bo jak inaczej porozumieć się z kumplami, jeśli nie za pomocą międzynarodowego kodu piwoszy?

Ale do rzeczy, drodzy przyszli świadomi konsumenci. Z „pszenicą” problem w naszych sklepach jest taki, że jej nie ma. Bo klienci nie znają, bo jak spróbują to mówią, że to jakieś dziwne w smaku. Sklepy wolą nie ryzykować. Tychy albo Żywiec zawsze zejdą, pszenica może leżeć miesiącami. Na szczęście niektóre sieci handlowe eksperymentalnie wstawiają czasem do oferty różne takie wynalazki. Od pewnego czasu systematycznie kupuję w Plusie Valentinsa i... właściwie tylko to piwo. Bo po co inne? Nie jest to co prawda pszenica z górnej półki (daleko jej do Paulanera czy chociaż litewskiego Baltasa, ale już polskiego Fratra bije na głowę), za to konkuruje zabójczo niską ceną. A tak! Za Paulanerka albo ukraińskiego Obolona zapłacicie w hipermarkecie co najmniej 4,50, a Valentins kosztuje... 2,89 zł! Tym samym jest to najbardziej opłacalne (stosunek jakość/cena) piwo w ofercie sieci osiedlowych.

Pokochasz tę pianę!

Mamy już za sobą sprawy ekonomiczne, zatem czas nalać piwko do wysokiej szklanki lub ciężkiego kufla. Ci, którzy zrobią to pierwszy raz, niech uważają. Każda dobra pszenica bardzo mocno się pieni – to właśnie słód pszeniczny powoduje wytwarzanie bardzo gęstej piany. Można łatwo przelać kufel! A jak już piana się uformuje, będzie opadać bardzo powoli, tworząc efektowną koronę. Dlatego do nalania całej butelki za jednym podejściem trzeba trochę wprawy, ale satysfakcja gwarantowana. Jak każda pszenica, tak i Valentins ma specyficzny, nieco apteczny smak. Niektórzy mówią, że smakuje jak lekarstwo, ja ten smak ubóstwiam. Fakt, że trzeba się do niego przyzwyczaić. Za to pod pianką, która cienkim kożuchem trwa do końca kufla, kryje się orzeźwiający smak z lekką nutą owoców. Piwo jest równomiernie nasycone gazem i smakuje do samego końca. Prawie pozbawione goryczki, nie pozostawia też w ustach nieprzyjemnego posmaku końskich szczyn (za przeproszeniem, większość puszkowanych piw smakuje jak końskie szczyny). Przypuszczam, że to zasługa braku konserwantów, w składzie są tylko drożdże, chmiel, słód jęczmienny i pszeniczny oraz woda. Czyli wszystko utrzymane wg tradycyjnej bawarskiej sztuki piwowarskiej.

Święty czuwa. Pij spokojnie.

Kończąc tę epistołę, z czystym sumieniem mogę polecić to piwo (jak i inne marki piw pszenicznych, wymienione w tekście) osobom, którym znudziły się przemysłowe, smakujące identycznie niezależnie od etykietki, browary. Czas na eksperymenty. Warto spróbować!

==Radar==

Gołąbki raczej nie do gąbki – Gołąbki w sosie pomidorowym (producent Rolnik)

Dania w słoikach stanowią dla mnie ostatnią deską ratunku, kiedy w zamrażarce nie ma nawet mrożonych pierogów, a brzucho domaga się wypełnienia czymś ciepłym. Wiadomo, oczekiwania w stosunku do takich konserw nie są zbyt wygórowane. I całkiem słusznie. Gołąbki Rolnika to żadna rewelacja, zalatują konserwą na kilometr.

W słoiku mieszczą się dwa średnich rozmiarów gołębie oraz sos. Nawiasem mówiąc sos znacząco obniża ocenę dania. Jest za słony, nie ma nic wspólnego z pomidorami, paskudztwo po prostu. Najlepiej pozbyć się go czym prędzej, chociaż przydaje się do podgrzania gołąbków. Które da się zjeść, pod warunkiem wyłączenia na chwilę kubków smakowych. Kapusta ma tę nieprzyjemną cechę konserwowych warzyw, że nie smakuje jak kapusta. Za to ryż zmieszany ze śladową ilością mięsa z wieprzka (farsz znaczy) – nie najgorszy.

Wyglądają nienajgorzej. Ale wygląd to jeszcze nie wszystko.

W sumie rzecz do stosowania w sytuacjach podbramkowych. Można by ewentualnie spróbować gołąbki podpiec lub podsmażyć na patelni – być może wtedy straciłyby swój irytujący „fabryczny” smaczek. Cena za słoik 500 g – 2,99 zł.

Aha, gdybyście trafili na pulpety tej samej firmy, nie spodziewajcie się czegoś innego. Smakują dokładnie tak samo.

==Radar==

środa, 11 czerwca 2008

Piekielna słodycz – Xocriolata chili (producent nieznany, Szwajcaria, dystrybutor Plus Discount)

Nieczęsto zdarzają się takie odkrycia. Połączenie wydawałoby się niemożliwe, czekolady z piekielnie ostrymi papryczkami chili, a jednak nie tylko jest to możliwe, ale i smakuje zabójczo. Dosłownie!

Płaska, ciemna tabliczka. Radzę zacząć od małego kawałeczka. Testowałem na rodzinie. Najpierw jest reakcja typu lekceważący uśmieszek i „phi, zwykła czekolada, i to ma być ta rewelacja?”. Potem zaskoczenie. I odjazd! Właśnie tak. Wkładasz kawałek czekolady do ust i czekasz aż się zacznie rozpuszczać na języku. Na początku odczuwasz tylko zwykłą czekoladową słodycz. Po chwili na podniebienie zaczyna nasuwać się piekący smak ostrej papryki. Spływa do przełyku, piecze! Wrażenie jest naprawdę dziwne i zaskakujące. Dobrze zawczasu przygotować sobie popitkę lub do przegryzienia coś o łagodnym smaku. Tak czy inaczej, uczucie pikantności na długo zostaje w gardle. Fajnie? Fajnie!

Widzisz czerwone plamki papryczki chili?

Do kupienia w Plusach. Tabliczka 125 g kosztuje 3,99 zł. Mam nadzieję, że nie wycofają tej czekolady ze sprzedaży, jak wiele innych naprawdę wyrafinowanych produktów, które pojawiły się na półkach na próbę, po czym zniknęły z nich na zawsze. Wiadomo, że klientela sklepów osiedlowych do wybrednych nie należy i zadowoli się byle czym, ale mimo wszystko... Warto spróbować i przekonać się na własne kubki smakowe jak smakuje połączenie czekolady z chili!

==Radar==

wtorek, 10 czerwca 2008

Spaghetti po bolońsku (producent Winiary)

Jedzenie w pracy. Satysfakcja i zachlapana klawiatura gwarantowane.

Mamusia zawsze mi powtarzała, że od takich rzeczy dostaje się raka. Tzn. od żarcia zalewanego wrzątkiem w plastiku. Wiecie, jednorazowe woreczki z ryżem, kawka z automatu, te sprawy. Przed wami przedstawiciel instant fast foodu, czyli danie typu „weź mnie zalej, to zobaczysz sztuczkę”.

W skład wchodzi pokruszony makaron instant, sproszkowany sos z zagęszczaczem w postaci skrobi ziemniaczanej, superszkodliwym tłuszczem roślinnym utwardzanym i niezastąpionym glutaminianem sodu. Do tego suszone warzywa (marchew, por) i przyprawy (bazylia, tymianek, pieprz). Zgodnie z instrukcją zawartość pudełka należy zalać gorącą wodą i odczekać aż magia zacznie działać.

Komu robaka, komu?

Po pięciu minutach uzyskujemy gęstą maź sosu i spęczniałego makaronu. W smaku jak typowa pomidorówa z proszku, czyli nic ciekawego, ale też nie odrzuca. Na plus, że nie za słona. Na minus, że galaretowata i zostają grudy. No i nie ma mięska, a co to za spaghetti po bolońsku bez mięska?

Coś w rodzaju gęstej zupy pomidorowej...

Plastik mocno się nagrzewa i daje wyczuwalnego smroda. Czy wydziela przy tym związki kancerogenne – się okaże za czas jakiś. Danie zaspokaja pierwszy głód i nic więcej. Na swój perwersyjny sposób jest to nawet smakowite. Mniam.

Do nabycia wszędzie za ok. 2,60 zł.

==Radar==

piątek, 6 czerwca 2008

Opium w rodzynkach – Chocolate Coated Raisins (producent nieznany, Niemcy, dystrybutor Tesco)

Tak właściwie nie lubię mlecznej czekolady ze względu na jej dziecinny smak. To jest wyjątek. Rodzynki oblane mleczną czekoladą – pycha! Pachną trochę jak czekoladki Kinder, ale w smaku są zupełnie inne, trochę jak oryginalna Milka, bardzo intensywne. Smak czekolady świetnie komponuje się z kwaskowatym smakiem rodzynek. Jestem w stanie od razu pochłonąć całą stugramową paczkę.

Najlepiej włożyć paczuszkę na dwie godziny do lodówki i pałaszować schłodzone. Czekoladowa skorupka robi się twarda i strzela w zębach aż miło. Bosko. Dla wszystkich uzależnionych od słodyczy rozkosz prawdziwa. Cena w Tesco: 1,71 zł.

==Radar==

Bagniste wspomnienie z dzieciństwa – Smakija kaszka z cynamonem (producent Campina)

Jeśli kaszka na mleku kojarzy się wam z gęstą mazią pokrytą mlecznym kożuchem, nie czytajcie dalej. Albo czytajcie, by pokonać traumę z dzieciństwa. Deser Smakija ma lekko galeretowatą konsystencję (w składzie nie ma jednak żelatyny) i wygląda średnio apetycznie, jednak o kożuchu nie ma mowy. Da się to przełknąć bez odruchu wymiotnego. Smak i zapach cynamonu jest wystarczająco dobrze wyczuwalny. Zwykle mleczne desery są przesłodzone, tu nie ma takiego problemu. W sumie nawet dość smaczne.

Odczuwam takie wewnętrzne fuj gdy na to patrzę...

Jednak trudno nazwać to posiłkiem – 130 g to znacznie mniej niż talerz. No i cena trochę wygórowana – 1,69 zł. Z braku czego innego można to przekąsić bez wielkiego zachwytu, ale i bez wstrętu.

==Radar==

środa, 4 czerwca 2008

Cheesburgery a la Cudowne lata – ryzyko w domowym zaciszu (produkt bazowy: Hamburgery drobiowe, producent Krzyżanowscy Sp. z o.o.)

Na początku była paczka kotletów...

Po co kupować w budzie, skoro można zrobić samemu? Ta myśl targnęła mną podczas robienia zakupów w osiedlowym Tesco. Tknięty tą perwersyjną myślą wrzuciłem do koszyka hamburgery drobiowe w paczce. I dawaj do domu oddawać się kulinarnym ekscesom.

Postanowiłem ze wspomnianego półproduktu oraz własnych składników skomponować klasycznego cheesburgera, jakiego zwykł był przyrządzać ojciec Kevina Arnolda. Z braku specjalnych bułeczek użyłem typowych „bułek zwykłych” (0,59 zł/szt.). Bułki przekrawam na pół. W tym czasie wrzucam na patelnię półprodukt. Kotlety zaczynają wydzielać toksyczny dym i smród charakterystyczny dla nadmorskich smażalni ryb i frytek. Krótkie podsmażanie i obiekty lądują na bułkach. Na to po plasterku sera, zamykam bułki i na pięć minut wkładam do gorącego piekarnika.

...bezbronne, pozbawione chroniącej folii...

Po chwili gotowe. Jeszcze tylko do środka kilka plasterków zielonego ogórasa, chlupnąć keczupem, przycisnąć i gotowe do szamania.

Mogło być gorzej. Co prawda garmażeryjny smak kotleta (mięso z kurcząt mechanicznie oddzielane, plus jakieś sojowo-białkowe wypełniacze plus wcale nie tak dużo konserwantów i stabilizatorów chemicznych) nieco wychodzi na wierzch, ale pozostałe składniki dość skutecznie go zagłuszają. Niestety przy drugim hamburgerze fetorek kotleta staje się już dokuczliwy. Da się zjeść, ale potrzeba do tego pewnej dozy samozaparcia (oraz czegoś do popitki, ja użyłem butelki kefiru). Teraz już jasne, dlaczego w budach serwują to danie z dużą ilością sałatki i majonezu wymieszanego z keczupem. Siła octu jest nie do pokonania nawet przez tak utalentowanego zawodnika, jakim jest kotlet firmy Krzyżanowscy.

Czas nadgryźć dzieło. Prawie jak z budy.

Kotlety: 2,29 zł za 250 g (5 w opakowaniu). Sugeruję unikać, nawet w domowym wydaniu. To na pewno nie są te słynne amerykańskie hamburgery z rusztu z „Cudownych lat”.

==Radar==

wtorek, 3 czerwca 2008

Z barbecue na Euro – Clarky’s Tortillas Barbecue (producent N.V. Snack Food Poco Loco, Belgia)

Euro 2008 już za progiem, czas rozpocząć przygotowania do transmisji. Dobrze zawczasu przeprowadzić rekonesans smakowy w pobliskim sklepie, by w ostatniej chwili nie zostać na lodzie z naręczem gównianych czipsów paprykowych i torebek przesmażonych orzeszków arachidowych. Browarem zajmiemy się w swoim czasie, a póki co obadamy tzw. słoną zagrychę. Proponuję czipsy kukurydziane firmy jw., dostępne w dyskontach Plus.

Ostał się jeno jeden...

To jeden z najlepszych (obok czekolady z chilli) produktów, jakie można ustrzelić w tych sklepach. Przede wszystkim, są to czipsy kukurydziane. Zapomnijcie o zgniłych krajowych ziemniakach przesiąkniętych smakiem smażonego oleju. Trójkątne tortillas mają wyśmienity smak kukurydzy, są twarde i chrupiące, równomiernie obsypane przyprawami. W tym przypadku mamy smak barbecue, co w praktyce oznacza połączenie suszonych pomidorów, cebuli i czosnku. Smak dość intensywny, ale nie tak zmulający jak w przypadku serowej odmiany tychże czipsów. To nieco zdradliwe, bo można całą pakę wciągnąć od razu (pod warunkiem zapewnienia odpowiedniego nawodnienia browarem) i to bez względu na konsekwencje w postaci małej zgagi. Na języku i podniebieniu pozostaje lekko pikantne wspomnienie. Miłe. Atutem tortillas barbecue są dobrze dobrane składniki. Do tego spora paczka – 210 g – kosztuje niedrogo: 3,50 zł. Warto.

==Radar==

poniedziałek, 2 czerwca 2008

Zupa na cieście – Ristorante Pizza Funghi (producent Dr. Oetker Polska)

Na zdjęciu na pudełku wygląda okazale. A po upieczeniu...

Tragiczna pomyłka! Jeśli wierzyć sugestywnemu zdjęciu na pudełku, mamy do czynienia z pizzą klasy de luxe (taka jest też cena). Pierwsza wada – pizza jest mała. Wystarczy na średnio pożywną przekąskę dla jednej osoby. Po wsadzeniu do piekarnika placek szybko zaczyna puszczać sok (za dużo przecieru plus pokrojone w kostkę pomidory), w związku z tym na powierzchni ciasta tworzy się bajorko z pływającymi w nim pieczarkami i wspomnianymi pomidorkami. Dłuższe pieczenie pomoże wysuszyć nadmiar wilgoci, jednak naraża nas na przypalenie spodu ciasta. A skoro jesteśmy przy cieście – to w pizzy Dr. Oetkera jest bardzo cienkie, twardawe i w smaku przypomina podpłomyk. Nie za dobrze. A co na wierzchu? Malutka ilość wiórków serowych (mozzarella i edamski wg składu) nie ma szans roztopić się apetycznie na całej powierzchni placka. W efekcie otrzymujemy produkt pizzopodobny, kojarzący się z tanimi zapiekankami do podgrzania w mikroweli.

Produkt nie jest całkowicie beznadziejny. Sytuację ratują pieczarki (w końcu to pizza funghi) – jest ich dużo, są zblanszowane i po podpieczeniu dają apetyczny aromat. Dobre są też pomidory, ale tak drobne kawałki nie robią dobrego wrażenia. Pizza ładnie pachnie za sprawą hojnie użyczonych przypraw (oregano, bazylia i czosnek – raczej w proszku). To wszystko jednak nie sprawia wrażenia pizzy z wyższej półki, a w taką najwyraźniej producent celuje (napis Edizione Speziale). Za taką pizzę dałbym najwyżej 3,50 zł, tymczasem ta kosztuje – uwaga! – 6,99! Stosunek ceny do jakości jest zatem dyskwalifikujący.

...typowy produkt pizzopodobny

W sklepowej zamrażarce widziałem jeszcze kilka odmian tej pizzy: z szynką, serową i z salami. Póki co nie skuszę się!

== Radar ==

Pożeracze fast foodów łączcie się!

Przyszliśmy na świat by żreć. Wszystko co podleci. Dobre i ohydne. Zdrowe i toksyczne. Tuczące i tuczące. Życie to żarcie. Żarcie to food. Najlepiej szybkie, bo czasu na gotowanie nie ma. Dobrze by było, gdyby było łatwe w użyciu i niebrudzące. Otworzyć, wysypać, zalać wrzątkiem lub wstawić do mikroweli. Podgrzać, podpiec, zagotować. I gotowe. Już można szamać i delektować się odurzającym smakiem glutaminianu sodu. Soczyście beknąć i przetrawić. Zmagazynować E w kościach i wątrobie. Zachować dla potomnych. Mniam!

I tak, z apetytem i humorem, witamy was na blogu Pożeraczy Fast Foodów. Będziemy bezlitośni dla syfu i entuzjastyczni dla smakołyków. Opiszemy dokładnie jak badany obiekt zachowywał się podczas przygotowania i po przyjęciu do organizmu. Eksperymenty na ludziach, nie na myszach - jesteśmy etyczni i moralni!

Zapraszamy do konsumpcji!

Radar i spółka z ograniczoną odpowiedzialnością